Brak materiału do badań genetycznych
#1
Dzień dobry Forumowiczom,


jeżeli ten temat był już poruszany, bardzo prosiłabym o przekierowanie mnie na odpowiedni wątek, bo nie udało mi się go znaleźć poprzez wyszukiwanie.

Pokrótce moja historia: w 10tc zaczęłam krwawić, zgłosiłam się z tym do ginekologa prywatnego gdzie stwierdzono, że dziecko nie ma tętna i zatrzymało się w rozwoju na 8tc. Ginekolog wysłał mnie do szpitala na potwierdzenie diagnozy i następne kroki. W szpitalu diagnozę potwierdzono i zalecono przyjęcie tabletek obkurczających macicę opisano również jak zachowa się moje ciało, jak będzie bolało itp. oraz zaproszone na kontrolę po 3 dniach i stawienie się na izbie. Wysłano mnie od razu po przyjęciu tabletek w szpitalu do domu. W zasadzie od samej diagnozy do przyjęcia tabletek minęło 15 min, a mój organizm zareagował bardzo gwałtownie bólem już po 10 min, co trwało przez następne 3 dni w domu. Nie wspomniano jednak o tym, że z mojego ciała tak naprawdę "wypadnie" zarodek i że jeżeli chcę dochodzić jakichkolwiek następnych kroków, to powinnam zachować ten materiał do badań - żaden lekarz nawet o tym nie wspomniał, a ja w ogólnym szoku i otumanieniu lekami nie zachowałam tego "jajeczka", które wpadło do toalety. 

W międzyczasie, gdy szok minął i ból zelżał, zerknęłam do internetu, żeby sprawdzić jakie są następne kroki i tutaj dowiedziałam się, że przysługują mi prawa i świadczenia. Gdy stawiłam się na kontroli w szpitalu potwierdzono, że wszystko się ładnie "wyczyściło" i przeszłam poronienie w domu bez powikłań. Poprosiłam o jakiekolwiek dokumenty stwierdzające, że dziecko urodziło się martwe i dostałam tylko ostry komentarz, że "teraz to już jest za późno" i cały komentarz o brakującym materiale genetycznym. Nie dostałam nawet podstawowej karty dziecka zmarłego uprawniającej do pochówku (bo nie było materiału). Po moich pytaniach, czy samo USG przed poronieniem + USG puste po poronieniu i podpisany dokument o przyjęciu tabletek w ogóle coś znaczy dostałam odpowiedź, że niestety nic.

Czuję się teraz oszukana - w momencie, gdy nie byłam w stanie sprawnie podejmować działań i w przeszywających bólach szukać informacji co mam robić w trakcie poronienia, żeby zachować swoje prawa, nikt z lekarzy nie zwrócił uwagi na poinformowanie mnie o materiale genetycznym, wysłano mnie do domu, żeby niejako pozbyć się odpowiedzialności za zachowanie i przekazanie do badań materiału po stronie szpitala. 

Czy istnieje jakakolwiek opcja, żeby odnieść się do tego przypadku w dyskusjach ze szpitalem? Czuję, że jestem na przegranej pozycji tylko dlatego, że nie przyjęto mnie do szpitala decyzją ginekologa na izbie. 

Będę wdzięczna za pomoc i ocenę sytuacji.


Pozdrawiam serdecznie,


Marta
Odpowiedz
#2
Jeśli chodzi o ścisłość, to jesteś na przegranej pozycji nie z powodu decyzji lekarza na IP i nie dlatego, że nie przyjęto Cię do szpitala, tylko z powodu braku rzetelnej informacji o prawach i wszystkich konsekwencjach praktycznych oraz nieudzielenia wskazówek akurat pod tym kątem. Lekarz, jak widać, trafnie ocenił kwestie fizjologiczne i wybrał postępowanie właściwe od strony medycznej. Natomiast zlekceważono resztę. Tylko że takie zlekceważenie nie świadczy o tym, byś w szpitalu miała większe szanse.
To Cię pewnie nie pocieszy, ale nawet leżąc na oddziale mogłabyś być teraz w identycznej sytuacji, bo tkanki lądują w toalecie szpitalnej równie łatwo, jak w domowej. Wszystko więc w Twoim przypadku sprowadzało się do uprzedzenia możliwych scenariuszy i ujawniania wiedzy o tym, jakie to ma znaczenie nie tylko emocjonalne, ale i praktyczne. To to przesądziło sprawę. Sam szpital niczego nie gwarantuje, nie ma co się łudzić, obok dobrej także złej woli tam nie brak. Okoliczności ronienia czasem obiektywnie zaskakują, plany nie zawsze się powodzą mimo wiedzy i przygotowania, ale najczęściej to nieświadomość kobiety bywa elementem decydującym. Gdy nikt nie zadba o to, by miała pełniejsze rozeznanie w faktycznej sytuacji, ona nie zdoła się uchronić przed skutkami swojej niewiedzy, ale i przed skutkami niedbałości (a tym bardziej złej woli) personelu też nie zdoła.
Nie brak tutaj historii kobiet, które nie miały szans na rejestrację mimo teoretycznie zachowanego materiału z łyżeczkowania. Tkanki dzieci ronione przed zabiegiem samoistnie (i to nie do toalety) też dość często gdzieś "znikają" pomiędzy etapami pobytu na oddziałach.
To niekompletna informacja była więc przyczyną, a nie wybór metody ronienia bezzabiegowo poza oddziałem.

Nie mam dla Ciebie optymistycznej wiadomości, bo w obecnym stanie prawnym nie ma możliwości zarejestrowania dziecka bez określenia płci, a tej w tak wczesnej ciąży nie można oznaczyć bez materiału fizycznego do zbadania. Zaś bez Aktu Urodzenia nie można udokumentować swoich praw w praktyce i skorzystać ze świadczeń. Bez szczątek zaś nie ma czego pochować nawet na swój koszt (nie mówię tu o pogrzebie symbolicznym), więc koło się zamyka.
Jeśli na żadnym etapie przy badaniu Ciebie nie pobrano niczego, np. jakiejkolwiek próbki do badań histopatologicznych nawet bez łyżeczkowania, to w potencjalnych "dyskusjach ze szpitalem" wygląda to na sprawę formalnie przesądzoną - brak materiału zamyka tu oficjalną możliwość rejestracji.
Jedyna inna droga formalna to droga sądowa, ale nawet ta nie wydaje się realna, bo wątpliwe, czy sąd bez badań płci by się zdecydował ustalać treść Aktu Urodzenia. Choć nikt jeszcze nie próbował sądownie w podobnych okolicznościach.

Zdjęcia USG w tym wypadku mogłyby zmienić coś tylko w jeden sposób - gdybyś czuła się na siłach i postanowiła pisać skargi. By tego tak nie zostawić, by był to rodzaj nauczki dla kogoś, by może innym kobietom dano szansę praktyczną na więcej niż Tobie. By nie decydowano za nie, co jest ważne, a co pomijalne i co - według kogoś - można zlekceważyć nawet o tym nie informując.

Nie dziwię się, że czujesz się oszukana.
Odpowiedz
#3
Amelio, bardzo dziękuję za Twoją obiektywną ocenę i obszerny komentarz. 

Nie pozostaje mi nic, tylko starając się swoim przykładem i ewentualnymi skargami w szpitalu zwiększać świadomość. Smutne i wkurzające jest to, że tak wczesne poronienia traktowane są jako "mniej ważne" (taki komentarz dostałam od lekarza podczas kontroli w szpitalu: "za wczesna ciąża i mało kto decyduje się na badania genetyczne" [ekhm]) i przez to lekceważone. Pomijam już tutaj system prawny, który wymaga takiego udowadniania poronień.

Jeszcze raz bardzo dziękuję i pozdrawiam,


Marta
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości