Gdy tydzień to nie 7 dni
#1
Chyba gdzieś powinno paść jakieś dementi w tej sprawie i ktoś powinien napisać wyraźnie i wprost:

Wymiar przysługującego urlopu macierzyńskiego w przepisach został oznaczony w tygodniach, a nie w dniach.

Kobiecie, która urodziła martwe dziecko przysługuje urlop macierzyński w wymiarze 8 tygodni, a nie 56 dni.

Ze względu na ryzyko wprowadzania w błąd co do znaczenia terminów i okresów oraz zwiększania prawdopodobieństwa mylnych interpretacji - na wszelki wypadek zawsze lepiej się posługiwać brzmieniem wprost czerpanym z przepisów bez przeróbek.


Rozpiszę się, jeśli ktoś chce trochę tło tego twierdzenia zrozumieć.
Wbrew temu, co lata dziko po necie i różnych "oficjalnie" brzmiących informatorach i serwisach, 8 tygodni i 56 dni to nie jest do końca tożsame.
Więc dzisiaj odniosę się do tej nieścisłości przynajmniej u nas, bo już patrzeć nie mogę na to netowe rozpowszechnianie treści niezgodnie z brzmieniem ustawowym nie wiadomo w jakim celu, bo nie dla wygody, jak dotąd widzę, tylko chyba dla wprowadzania zbędnego chaosu i dwuznaczności, żeby było co wyjaśniać i na co czas marnować z tego powodu. Mój też, że tak megalomańsko palnę, ale ileś zapytań skołowanych ludzi potem obrabiam, to mam jakieś rozeznanie, że to niecelowe.
Pojęcia nie mam, skąd te uporczywe nieścisłości na stronach, które niby to merytorycznie są świetnie zaznajomione z przepisami.
To znaczy, w sumie dobrze wiem, skąd - z zerżnięcia od kogoś, kto się machnął nie zauważając niuansu i jako pierwszy zaczął używać tego sformułowania w dniach, bo nie dostrzegł subtelnej różnicy znaczeniowej i jakoś tak zostało. Widywałam to jak się właściwie zaczynało, początkowo z rzadka się to wyrażenie pojawiało również w naśladownictwie, ale wtedy nie przyszło mi do głowy, że to się tak szeroko rozlezie i przyjmie i jeszcze interpretacyjnie motnie komuś w głowie. Bo bym chyba od razu reagowała, a tak zauważałam gdzie tego się używa, bo charakterystyczne było, ale nic ponadto mnie nie ruszało. I jakoś tak normalnie na moich oczach się rozlazło już powszechniej, bo przecież "dawniej" tego tyle nie było, dam głowę. Wiecie, te internety... Skaranie boskie z tymi internetami. To musi być wina tych piekielnych wynalazków.
Rozlazło się na potęgę, ale nie cofniemy czasu i wiele osób ma tak z tyłu głowy teraz mimowolnie wpojone. Nie zmienia to faktu, że to niepoprawne. I że to charakterystyczne dla pierwotnego źródła, które nie jest całkowicie precyzyjne w tej sprawie, ale i nie ślepa kalka z cudzego to była, tylko wypadek przy pracy. Bo dałabym niemal głowę pod topór katowski, że znam pierwowzór i akurat pierwowzór się napracował mocno, trudno, by wszystko wyszło idealnie, a moja wina, że się od razu nie czepiłam merytorycznie tego szczegółu. Ale wychodzi mi z obserwacji na to, że wiele serwisów i piszących "artykuły" czy jak te zajawki tematyczne ponazywać, tylko zżynało podobne info wraz z niuansikiem mylnym aż kwiczy... I ja bym obecnie w końcu to kwiczące zżynane nieścisłe brzmienie chciała zacząć zarzynać bez ceregieli choć u nas, skoro po necie panuje głównie zerżnięte, więc chcę to ograniczać, bom bez serca, głupia i czepliwa, jak wiadomo, a że mi w końcu dopiekło i się nieco przejadło w skutkach długofalowych, więc mam interes egoistyczny, a to najlepsza motywacja do ruszenia tyłka, żeby coś zmieniać na własnym chociaż podwórku. Chcę, by u nas była większa świadomość, że to sformułowanie nie pochodzi dosłownie z przepisów, tylko powstało poza nimi i choć bywa używane jako synonim, to nie do końca trafnie.

Utrwalanie w różnych serwisach nieustawowego brzmienia o "56 dniach" urlopu macierzyńskiego po martwym urodzeniu to niedobry zwyczaj,  bo zwyczaj ten się szerzy z nagminnego powielania cudzych tekstów z uporem maniaka bez zaglądania przy tym do ustaw. Nie mówię o zwykłych rozmówcach na forach, w tym u nas, którzy sobie to powtarzają wierząc w wiedzę innych.
Ale mówię o tych, co tworzą informatory i poradniki różne, pisują artykuły w serwisach czy teksty w postach opisujące "przewodnikowo" sprawę - tych autorów wypowiedzi powinno jednak obowiązywać coś więcej niż tylko kalkowanie zaczytanej gdzieś informacji bez refleksji a w tonie pewniaka czerpanego z ustaw. Noż w mordę jeża... chyba wypada takim obejrzeć choć raz te przepisy i może jednak zacytować ściślej? Bo jakoś to głupio zdradzać, że to raczej zerżnięte zostało, nawet jeśli przerobione w treści trochę. To jak anegdoty o odpisywanych wypracowaniach razem z kopiowaniem literówek czy wręcz błędów ortograficznych. Nie żebym ja nigdy przenigdy nie poszła na łatwiznę i Amerykę odkrywała grzęznąć w papirusie, bo co to, to nie, no ale wypada ujawniać źródło, z którego się czerpało pierwowzór "swojej" treści, zamiast to przemilczać sugerując, że się nie czerpało gotowca od nikogo albo nie kompilowało patchworka z cudzych stron i że się samemu bezpośrednio na przepisach popracowało.
No tak, to podtekst plagiatowy niemal. Cóż, jak widzę tekst o 56 dniach i zero wspomnienia, skąd się poczytało, to wiem, że niby robimy "swój" tekst czy serwis, a plagiatujemy bez wdzięczności choćby w formie podania stron. I odczuwam niesmak. A czasem się wkurzam, znając dokładnie pochodzenie pomysłów. Ale nie o tym teraz chciałam zasadniczo...

Czemu zwyczaj utrwalania w pamięci rodziców dzieci martwo urodzonych wymiaru urlopu macierzyńskiego w dniach zamiast w tygodniach uważam merytorycznie za niedobry? Niby to z pozoru nie brzmi jakoś okrutnie błędnie, bo przecie 8 tygodni to jak w mordę strzelił daje 56 dni. Niby tak, ale... a jednak... się pozżymam poniewczasie, bo powiadają, że pono lepiej późno niż wcale, a sama odpuszczałam z lenistwa chyba dotąd, bo z czego by innego...
Ale a jednak - choć to nie zbrodnia straszna, to jednak nieuzasadnione jest rozpowszechnianie terminów i okresów w nieścisłej formie w stosunku do faktycznych zapisów w przepisach, jeśli się nie rozumie tak do końca, jakie to miewa znaczenie i jaką niejasność może zasugerować innym szukającym informacji. Nawet kiedy nam się wydaje, że dwa sformułowania oznaczają całkiem to samo i tyle samo. Ale w terminologii prawniczej to nie zawsze ma identyczne znaczenie i nie zawsze skutkuje identyczną zasadą wyliczeń. Może rodzić inne konsekwencje. I inne powszechne i potoczne skojarzenia, niestety, a te ostatnie potem są źródłem nerwów, czy nas w kadrach nie wprowadzają w błąd i nam źle czegoś nie liczą. A że w kadrach naprawdę bywa różnie w naszych sytuacjach i z błędami, to zaczyna się błędne koło obaw o wszystko, każdy detal na zapas i że może źle panie policzyły te "56 dni", nawet gdy widać, że dobrze policzyły 8 tygodni.
Że się nie da źle policzyć 8 tygodni i 56 dni, znaczy, nie może nie wyjść na jedno? Jak się nie da, skoro się da - starczy w niewiedzy nadinterpretować analogię sformułowania i przez to częściej rodzą się potem niepotrzebne kombinacje, jak to liczyć i do kiedy ktoś będzie mógł być fizycznie na urlopie i takie tam, które mają źródło właśnie w tej rozpowszechnionej do bólu nieścisłości. Bo kiedyś takich wątpliwości nie było, pytano raczej o to, od kiedy termin 8-tygodni się zaczyna. To nie oznacza, że mam za złe pytającym, że się gubią, tylko mam za złe faktowi, że to jeden ze zbędnych powodów powstawania niepewności, kiedy urlop się kończy. I nie warto go tak uparcie pielęgnować dalej, skoro nie wnosi nic pożytecznego, a wnosi dwuznaczność.

Zróbmy taki jeden przykład...
Żeby pokazać choćby tylko jeden niuans sensu pewnych różnic w wyrażeniach terminowych i że choć tydzień ma podobno 7 dni, to efekt może być odmienny i nieraz to bez znaczenia, ale nieraz ma znaczenie. Inne przykłady niuansików sobie daruję, bo znowu mi wyjdzie epopeja i mnie Moderatorzy zjedzą, że za długie. Bo jeszcze wcale nie aż tak...to jest jeszcze od pół biedy w dolnej granicy normy mojej. Hamuję się teraz jeszcze, ledwie, bo ledwie, ale zawsze coś. Z jednym przykładem to chyba dam radę bez rekordów. Chyba, że mnie sprytnie ktoś podpuści i potem znowu nie utrzymam klawiatury na wodzy mimo braku czasu i zdrowia na pisanie ostatnio.

No to dla przykładu w ustawach przysługujący wymiar urlopu wypoczynkowego jest podawany w dniach, a wymiar urlopu macierzyńskiego w tygodniach. To nie tylko dlatego, że wymiary wypoczynkowego nie dają "okrągłych" tygodni, o nie. Bo np. takie 20 czy 26 dni, to w tygodniach musiałby być podany przecinek albo trzeba by podawać pełne tygodnie i kilka dni. Nie wiem, co lepsze. W sumie mogliby te urlopy powiększyć o dzień czy 2 i byłoby bez reszt. Ale, jak mówię, to nie tylko to jest powodem.

Matko, nie dojdę do tego przykładu chyba, hyh, jak się nie zdyscyplinuję zaraz.
No dobra, zatem na przykład...
Pomyślmy, jak się tutaj ma 7 dni do tygodnia choćby w odliczaniu urlopu.
Mamy osobę A i B.
Rozpoczynają urlop w poniedziałek oraz praca jest typowa na jedną zmianę od poniedziałku do piątku w dni robocze i akurat żadne dodatkowe święto nie wypada, dla uproszczenia obrazu. Jedna wypoczynkowy, druga macierzyński.
Kiedy A bierze urlop wypoczynkowy i wykorzysta z jego puli 7 dni i właśnie mija ten siódmy, to ile dni kalendarzowych była do tego momentu na wolnym i jaki jest dzień tygodnia, w którym ten siódmy jej "zszedł" z pozostającego jeszcze wymiaru?
Kiedy B bierze urlop macierzyński i wykorzysta z jego puli 7 dni i właśnie mija ten siódmy, to ile dni kalendarzowych była do tego momentu na wolnym i jaki jest dzień tygodnia, w którym ten siódmy jej "zszedł" z pozostającego jeszcze wymiaru?
To ile były na takim a na takim urlopie? Tydzień czy siedem dni? A ile go wzięły, jednego i drugiego?
Czy któraś nie była przypadkiem 9 dni na jednym z urlopów, mimo że tydzień wzięła, bo tydzień miała urlopu do wzięcia? Ale jak mogła być 9 dni, jak miała i wykorzystała tylko tydzień, bo wykorzystała 7 dni z wymiaru, a 7 dni to tydzień? To może obie na obu tylko 7 dni były? No ale jak na obu, jak jedna do wykorzystania 7 dnia z wymiaru byłaby na wolnym dłużej?

Jak widać, gdzieś tam zaczyna się rozjazd w tym, co się rozumie pod tymi pojęciami. A ściślej, co się przyjęło umownie przez nie rozumieć. I kiedy się je stosuje zbyt luźno, zbyt często zamiennie, to swobodnie zamieniane znaczenia częściej nas zmylą, bo rośnie ich niejednoznaczność.
I tak 7 dni wymiaru to niekoniecznie tyle samo w efekcie, co 1 tydzień wymiaru urlopu.
Jakoś z generalnym macierzyńskim nie ma aż takiego zniekształcania po necie - raczej tam są wymiary konsekwentnie podawane w tygodniach. Za to ten po martwym urodzeniu powielany bywa jako 56 dni i zaczyna przez to podświadomie sprawiać wrażenie odmienności od reguły, że wobec tego liczy się go inaczej, że to w takim razie coś innego w podejściu, więc może dni się traktuje podzielnie albo jak wypoczynkowy uzależnia od grafiku pracy. I zaczynają się gdybania...
Oczywiście, ma tu też znaczenie wiedza, że mowa o różnych rodzajach urlopu - gdy się zna specyfikę, to się kojarzy i sposoby liczenia, jak by nie podawać, ale, no właśnie, trzeba specyfikę lepiej znać, a chodzi o potoczne skojarzeniach u ludzi słabo obeznanych mających coraz więcej wątpliwości.
Chciałam też pokazać samo istnienie celu w sztywnych sposobach określania wymiarów czy terminów, bo mają one w konsekwencji w zależności tego sposobu także określone reguły interpretowania, nawet gdy nie wiemy, czego konkretnie dotyczą te terminy.

Macierzyński po martwym urodzeniu ma akurat wymiar 8 tygodni. I takie określenie między innymi obiera się intuicyjniej jako określenie kalendarzowe, a nie robocze i ogólnie jednak niepodzielno-nierozdzielne, że tak ujmę, na pojedyncze dni.
Wypoczynkowy z 56 dni jest podzielny, bywa niekalendarzowy i za chiny ludowe nie dawałby 8 tygodni wolnego w praktyce w takim jednozmianowym układzie, tylko więcej znacząco. I część osób przez analogię tak sobie kojarzy odruchowo potem hipotetyczne "56 dni macierzyńskiego" w zasadach udzielania i liczenia - że da się dzielić i może nie zużywają się na weekendy, skoro się mówi o dniach, a nie tygodniach.
A ja się bujam potem z tłumaczeniami, że nikt nikogo nie oszukał, jak mu "zamiast" wolnego za 56 dni roboczych dano "tylko" 8 tygodni wolnego kalendarzowo. Bo wiecie, to kusi, a 8 razy 2 za sobotę i niedzielę, to by było 16 dni roboczych bycia dłużej na wolnym w stosunku do kalendarza i jeśli powiem, że to daje dodatkowo 2 tygodnie i 2 dni, to wtedy się znowu pobujamy półżartem, czy to oznacza, że jeszcze 4 dni robocze bardziej dodatkowe wolnego powinno być z tych 2 tygodni, bo bez wliczania do wymiaru weekendów?

Dobra, padam już, bo znowu mi na mózg padło.
I tego... no... a że dawno nic nie tępiłam, a to też wiecie, że ja coś tępić muszę bez litości, bo bym się inaczej rozpukła... to rozpoczynam tępienie u nas.
Nie bardzo jestem w formie, żeby to ogarnąć jakoś zgrabniej, więc można to, co napisałam z grubsza olać, a zacząć sobie utrwalać pogrubione. Albo może ktoś zdoła to przełożyć z mojego na ludzkie...

A wiecie jeszcze co? Wlezę znowu i na marginesie chyba dopiszę z boku, bo przedtem niby skończyłam, ale się przyznam do czegoś jeszcze, bo mało kto widział, a niech tam, zawsze dobrze złapać Złego Admina na głupocie i pośmiać się z jego wpadek, gdy się czepia innych. Zemsta losu. To DzikąMysz wsypię i zdradzę, że pierwotnie wszędzie w poście napisałam 52 dni zamiast 56 i dopiero po jakimś czasie od puszczenia posta się łapnęłam, że tabliczka mnożenia się przecież nie zgadza. Niech mnie ktoś zastrzeli, bo mało nie zeszłam na zawał, dłuższą chwilę kombinując, co jest nie tak i nie doszłam do pewności bez wsparcia - musiałam jednak kalkulator przywlec w celach kontrolnych. Poprawiłam, ale widać z tego jasno dwie rzeczy o mnie - że nawet nie pamiętałam tej liczby, bo ją odrzucam w głowie odruchowo jako nieprawidłową oraz że bez kalkulatora to ja jestem całkiem nieźle miętka dętka i niemal niczego nie policzę we łbie sprawnie, nawet gdy rozumiem sposób i cel liczenia, tylko potrzebuję i pożądam do tego podpory w postaci urządzeń do liczenia, najlepiej z wyświetlaczem lub monitorem. Że dni nie pamiętam, to pal sześć, bo złej wiedzy nie ma co przyswajać na siłę, ale to drugie mnie wkurza z lekka, bo policzę niejedno, ale nie w myślach. Dobrze że mamy erę elektroniki i kart płatniczych, bo bym się wykończyła przy kasie.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości