Uważajcie ze zwolnieniem lekarskim przed i po macierzyńskim!
#1
Tytuł jest dość pokrętny, dlatego opiszę wszystko od początku.
Jak możecie przeczytać w moim wątku, w momencie gdy okazało się, że moja ciąża jest zagrożona dostałam zwolnienie (ciążowe) na jej potrzymanie. Niestety skończyło się tragicznie, straciłam Wikusię i... "Udało mi się" wywalczyć urlop macierzyński, ale niestety po upływie tych ośmiu tygodniu mój stan ani trochę się nie poprawił, a wręcz się pogorszył.
W związku z powyższym zmuszona byłam podjąć fachowe leczenie. Zarówno psycholog jak i psychiatra orzekli, że leczenie zajmie około pół roku. Efekt był taki, że po macierzyńskim znalazłam się na dłuuugim zwolnieniu. I tu się pojawił problem. Kiedy dokładnie mijają ustawowe 182 dni zwolnienia?
Najpierw miałam zwolnienie ciążowe, później macierzyński, a następnie leczyłam się na depresję.
Na moje pytanie (w okienku) w ZUS-ie, Pani powiedziała, że to bardzo skomplikowany przypadek i trzeba się zwrócić na piśmie o interpretację przepisów. Ja chciałam to zrobić osobiście, ale dowiedziałam się że obowiązek takowy ciąży na moim pracodawcy. Dzwoniłam więc niejednokrotnie do kadr celem ustalenia wymiaru płatnego zasiłku chorobowego. Po pewnym czasie uzyskałam telefoniczne zapewnienie, że Pani z rachuby płac, skontaktowała się z ZUS-em telefonicznie i powiedziano, Jej że z racji macierzyńskiego oraz dzięki temu, że zwolnienia obejmują dwie różne jednostki chorobowe, okres zasiłkowy (czyli owe 182 dni) liczy się od zera od pierwszego dnia po zakończeniu macierzyńskiego.
Taką wiedzą dysponowałam idąc do lekarza na ostatnią wizytę i mówiąc, że zwolnienie może być maksymalnie do tego i tego dnia, bo później przekroczę 182 dni. Lekarz uważał, że mój stan wciąż jest daleki od ideału, ale ja bałam się występować o zasiłek rehabilitacyjny, nie wiedziałam co w ogóle czeka mnie w pracy, w której nie byłam od wielu miesięcy, więc mimo wszystko postanowiłam "normalnie" wrócić.
Do pracy wróciłam w lutym, wciąż się leczę i ciągle jestem chora, ale pracuję i nagle w ostatni wtorek zostałam wezwana do rachuby płac, celem wyjaśnienia pewnej sytuacji.
Otóż okazało się, że ZUS nagle się doliczył, iż oba zwolnienia się sumują i te 10 dni przed poronieniem łączy się ze zwolnieniem na depresję, a ja będąc 10 dni dłużej (zwolnienie na podtrzymanie ciąży wystawione zostało na dwa tygodnie) niż 182 dni (tylko 192) pobrałam (za pośrednictwem pracodawcy) tzw. świadczenie nienależne.
ZUS przysłał pisemną interpretację w efekcie której mam mieć potrąconą 1/4 najbliższej pensji.
Super, prawda? Nie ma nawet możliwości wyciągnięcia konsekwencji wobec Pani z płac, bo już u nas nie pracuje.
Panie na pocieszenie stwierdziły, że dobrze, że to "tylko" 10 dni...
P.s. I jak ja mam kiedykolwiek wyleczyć się z depresji jeśli na każdym kroku spadają mi ciągle kłody pod nogi? Załamałam się-1/4 pensji, a Panie w płacach mówiły to w taki sposób jakbym wyłudziła te pieniądze-"dostała Pani świadczenie nienależne, które trzeba zwrócić".
Odpowiedz
#2
Pamiętam, że poruszałyśmy ten temat i nieraz się zastanawiałam, jak potem się potoczyło...

Rozumiem, że poskutkowała wskazówka, że mimo pierwotnego trwania (kontynuowania) przez jakiś czas zwolnienia chorobowego jeszcze po porodzie, to potem, kiedy później już formalnie udowodniłaś swoje prawo do skorzystania z urlopu i zasiłku macierzyńskiego, to za ten czas zwolnienia po poronieniu tytuł został zamieniony formalnie tak, jakbyś od dnia poronienia już na zwolnieniu nie była i nieważne, że to zwolnienie początkowo jeszcze było wystawione na jakieś dni po poronieniu?
I ten temat jest zamknięty?

A rzecz teraz dotyczy tylko i wyłącznie samej kwestii sumowania się okresu zasiłkowego i jest spowodowana tylko i wyłącznie faktem, że przerwa w postaci urlopu macierzyńskiego pomiędzy ostatecznie formalnie faktycznie wykorzystanymi zwolnieniami chorobowymi wynosiła jedynie 8 tygodni, co w przeliczeniu na dni daje 56 dni, a nie co najmniej 60 wymaganych dni przerwy, by okresy były liczone od zera?
Bo drugą wskazówką było sprawdzenie z powodu zbyt krótkiej przerwy, czy nie można się wobec tego skutecznie powołać się na fakt, że zwolnienia te dotyczą różnych jednostek chorobowych jako odmiennych przyczyn zwolnień, skoro pierwsze zwolnienia (ginekologicznej natury) były związane z ciążą zagrożoną a potem z dochodzeniem do zdrowia fizycznego po poronieniu, natomiast drugie dotyczyły depresji po tym wydarzeniu (psychicznej natury).
Upewnij mnie ponownie - od kiedy do kiedy dosłownie były wystawiane i kontynuowane te pierwsze (w sensie pierwotnym, formalnie, nawet jeśli część dni z nich została "unieważniona" potem w praktyce przez urlop), a od kiedy do kiedy miałaś zwolnienie od psychiatry?
Upewnij mnie - ZUS jednak traktuje teraz wszystko jako jedną przyczynę, jedną chorobę uogólniając ją do samego faktu poronienia bez zwracania uwagi na jednostki chorobowe?

Bo rozumiem - o zgrozo - że w związku z tą drugą wskazówką najpierw Cię pracodawca (ściślej niby ZUS za pośrednictwem pracodawcy) poinformował, że to jednak będą 2 odrębne okresy zasiłkowe ze względu na 2 różne choroby i przerwę chociażby i 1-dniową, a obecnie ZUS kontrolnie wydał odmienną opinię?
Czy cokolwiek od pracodawcy mają na piśmie z tej swojej porąbanej niby-próby dowiedzenia się wtedy zamiast Ciebie osobiście? Czy tylko twierdzenie, że sprawdzali albo i faktycznie sprawdzali, ale wyłącznie telefonicznie, bo jednak nie raczyli wystąpić o to na piśmie mimo skomplikowania sprawy i sugestii ZUS-u?
Jest jakikolwiek ślad po ewentualnym mylnym pierwszym poinformowaniu przez ZUS pracodawcy? Pracodawca może to udokumentować? Oraz czy własną należytą staranność może udokumentować?

A, jeszcze jedno - czy masz możliwość sprawdzenia kodów literowych (tylko o te na ten moment pytam, ale zapisz sobie całe), jakie były umieszczane na zwolnieniach?

Dam Ci jeszcze trzecią wskazówkę, o ile masz zdrowie teraz przejść na samodzielną wymianę pism z ZUS-em.
Okres zasiłkowy dla kobiety w ciąży trwa dłużej, bo 270 dni. To Cię nie dotyczy dosłownie, więc to nie ten argument, ale 10 dni sprzed poronienia przyczynę miało w samej ciąży i stanie zdrowia fizycznego ciężarnej - "chorobą" była tutaj sama ciąża od strony wyłącznie ginekologiczno-położniczej. Choć poronienie też jest stanem ginekologiczno-położniczym, dlatego zwolnienie wystawione przez ginekologa od dnia poronienia dotyczyłoby poronienia jako fizjologii tej samej macicy (że tak ujmę) i może dlatego ZUS upierałby się uznawać poronienie za tę samą jednostkę chorobową co ciąża - może to byłaby wtedy racja, choć nadal nie jestem co do tego przekonana do końca, że to pewnik z góry i zawsze. Ale ciąża i depresja to już zupełnie nie jest to samo w rozumieniu chorób - sam ciąg chronologiczny zdarzeń takiego utożsamiania nie uzasadnia według mnie.
Bo po przerwie Ty korzystałaś już na pewno nie ze zwolnienia z powodu choroby ginekologiczno-położniczej, a z powodu całkiem nowej, czyli stanu zdrowia psychicznego (w dodatku osoby nieciężarnej) i tutaj chorobą jest depresja, a nie fizjologiczny stan macicy i problem ginekologiczno-położniczy sensu stricto.
Ja bym z ZUS-em jeszcze zawalczyła...
Odpowiedz
#3
[quote='DzikaMysz' pid='328579' dateline='1463864972']

"Upewnij mnie - ZUS jednak traktuje teraz wszystko jako jedną przyczynę, jedną chorobę uogólniając ją do samego faktu poronienia bez zwracania uwagi na jednostki chorobowe?

Bo rozumiem - o zgrozo - że w związku z tą drugą wskazówką najpierw Cię pracodawca (ściślej niby ZUS za pośrednictwem pracodawcy) poinformował, że to jednak będą 2 odrębne okresy zasiłkowe ze względu na 2 różne choroby i przerwę chociażby i 1-dniową, a obecnie ZUS kontrolnie wydał odmienną opinię?"

Pani z rachuby płac nie wystąpiła do ZUS-u na piśmie, raczyła jedynie zadzwonić. Teraz już nie pracuje, więc nie ma winnych i brak jakichkolwiek dowodów...
Co do sumowania się okresów zasiłkowych-teraz ZUS przesłał pisemną interpretację do mojego pracodawcy, że otrzymałam tzw. świadczenie nienależne. Ich zdaniem inne jednostki chorobowe nie mają znaczenia.
Co się zaś tyczy walki z ZUSEM-nie mam już na to siły. Mój stan uległ pogorszeniu, a tłumaczenie się przed kimkolwiek jakbym była jakimś złodziejem jest zbyt upokarzające.
Odpowiedz
#4
To, że ZUS przysłał taką interpretację nie oznacza jeszcze, że naprawdę wypłacono Ci świadczenie nienależne, a nawet jeśli, to że nie ma żadnego wyboru i trzeba je zwrócić (można się starać o odstąpienie od tego zwracania), a jeśli trzeba, to że pracodawca ma prawo potrącić to Tobie (zamiast zwrócić na swój koszt). By doszło do tego ostatniego, musi być spełnionych kilka warunków.
A odnoszę wrażenie, że idzie na łatwiznę, nie robiąc nic innego, jak przerzucanie odpowiedzialności finansowej od razu na Ciebie, bo ma leniwe, nieodpowiedzialne kadry i tyle. Zmiana pracownika to NIE jest Twój problem i nie ma żadnego znaczenia. Jemu się zwyczajnie NADAL nawet nie chce sprawdzić, czy to jest decyzja słuszna i czy zwrot musi nastąpić - obrał najprostsze i najwygodniejsze wyjście dla siebie licząc na Twoją bierność na samo wyrażenie "decyzja ZUS".

Nie jestem Ci w stanie pomóc na siłę, ale pomogę, o ile mi pozwolisz. Pomyśl, że z niczym nie zamierzamy jeszcze walczyć tak bliżej. Najpierw sprawdźmy, czy cokolwiek jest realne do sprawdzenia i uzasadnienia bez żadnych cudów i narażania na dodatkowe afronty. Nic nie będziemy robić szczególnego, poza zaznajomieniem się zamiast tych leniwych paniuś ze stanem prawnym i możliwościami. Pomóż mi w tym. Nie będziemy konfrontować się fizycznie z ludźmi. Będziemy na razie tylko czytać, a potem się zastanowimy, co ma sens, a co nie. Pisma urzędowe mniej gryzą niż rozmowy z antypatycznymi typami.

Ola, rozumiem Twoje załamanie i chęci ucieczki przez formalną konfrontacją. Po stracie sama byłam długo w bardzo poważnym stanie. Przeszłam całe piekło, którym podążasz i którego wizja dalsza tak Cię przytłacza. Mimo tego, a może właśnie dlatego wiem, że nie przerasta Cię robienie czegoś po prostu krok po kroku, ale osamotnienie we wszystkim od początku do końca. Także dlatego wiem, że nie jest najlepszym pomysłem poddanie się bezwolnie kolejnemu ciosowi bez przeciwstawienia mu się choćby intelektualnie. Nie jest ważne, czy się uda. Ważne jest, by nie karmić depresji uległością już w pierwszej chwili rzucenia przez okoliczności nowej kłody pod nogi. Umiejetność rezygnacji i wycofania jest także sztuką, ale tylko wtedy, gdy prowadzi do niej przeświadczenie, że tak trzeba, że rezygnacja jest słuszna i pożyteczna. W przeciwnym wypadku rozwijasz w sobie rozgoryczenie, niską samoocenę i poczucie coraz silniejszego bezsensu.
Nie próbuj wygrać, spróbuj zagrać - dla przyjemności zagrania umysłowego z problemem. Nieważne, z jakim wynikiem, ale rozgryź problem, zamasst trwać w niewiedzy, czym się go faktycznie je. Spróbuj wzbudzić w sobie ciekawość zamiast załamania. Wiedza kosztuje nieraz słono, ale skoro i tak mają Ci zabrać pieniądze, to zapłać nimi za prawdziwą wiedzę na dany temat, a nie przyjmuj w ciemno kota w worku od osób, których wiedza tak bardzo niestabilna jest, więc niewiarygodna.
Co masz do stracenia? Czas, który upływa Ci samotnie wieczorami i i tak w najbliższych dniach będzie upływał pod znakiem tej nieoczekiwanej nowej przykrości i myślenia o niej? Bo będziesz myśleć.

Nie jesteś sama - pomogę Ci rozeznać to, co umiem i mogę. Ty wystarczy, że mi pomożesz poznać dokumenty i fakty, do których bez Ciebie nie mam dostępu. Nie rezygnuj jednak z samej możliwości oceny sytuacji inną drogą. Nic ponadto nie zrobimy, tylko się im przyjrzymy - bez presji, że coś musimy potem z tym począć więcej. Tylko się przyjrzymy - dla Twojego dobra, ale i dla dobra innych kobiet. Ile z nich jest długo, o wiele dłużej, na zwolnieniu przed stratą a potem wymagać będzie ponownego zwolnienia? Kiedy życie nie ma sensu, sens trzeba mu nadać. Potrzebujesz żyć nie tylko dla siebie i nie tylko ze względu na siebie. Dla czegoś i dla kogoś. Chciałaś... wolałabyś dla mężczyzny i dziecka... wiem... Ale gdy ich brak, lepiej żyć przynajmniej dla idei niż bez żadnego celu. Czemu tym celem na chwilę nie miałoby być rozeznanie pewnego tematu, dla dobra własnego i przy okazji ogółu? Wiesz, pomaganie innym pomaga w pewnym stopniu w trakcie depresji zbudować poczucie własnej wartości i siły. Trochę działa... Sprawdziłam na sobie.

W decyzji jest termin odwołania, chciałabym zyskać pewność, kiedy mija. Chciałabym też poznać jej treść dosłowną, bez danych osobowych, rzecz jasna. Skoro pracodawca chce od razu lekką łapką Ciebie obciążyć finansowo za własne błędy kadrowe i twierdzi, że tak jest prawidłowo, to ma psi obowiązek dać Ci tę decyzję, przynajmniej jej kopię. Nie musisz jej ujawniać tutaj, możemy skorzystać z pośrednictwa Staffu. Często liczą się szczegóły, a Twój pracodawca - jak wiemy - ma wyjątkowo niemrawe intelektualnie podejście do istotnych detali. Kto powiedział, że obecne panie są lepiej zorientowane od tamtej? Pamiętaj, że ZUS wydaje decyzje też na podstawie tego, co otrzymał od nich. A co one wysłały... a co mówią... kto wie... Ja im nie wystawiłam jeszcze laurki za profesjonalizm.

Przemyśl moją propozycję. Nie będziesz sama w razie porażki.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości